Więcej niż dziękuję

2 Krn 5,2-5;12-14

Drodzy Bracia i Siostry!

Dzisiejszy tekst przenosi nas do świata, w którym wszystko wydaje się wreszcie na swoim miejscu. Oto Salomon, król u szczytu potęgi, kończy dzieło życia. Świątynia Jerozolimska stoi – lśniąca, nieruchoma, potężna. Przez lata Arka Przymierza, serce narodu, była w drodze. Wędrowała razem z ludami. Mieszkała w namiotach, była przenoszona z miejsca na miejsce. Naród nie miał swojego centrum życia religijnego i społecznego. Teraz to się zmieniło. Arka zostaje złożona w stolicy. Wiara ludów staje się religią państwową. Król, kapłani, urzędnicy, mieszkańcy – wszyscy radują się i świętują.

Jest to moment, w którym człowiek mówi: „Nareszcie. Mam dom. Mam stały fundament. Moja wiara i religia są już pewne i stabilne”. Ale właśnie wtedy Biblia wprowadza element, który burzy naszą pewność. Kiedy muzyka osiąga apogeum, kiedy 120 kapłanów dmie w trąby, a chórzyści śpiewają jednym radosnym głosem, dzieje się coś nieprzewidzianego. Świątynię napełnia obłok. Chwała Pana jest tak gęsta, że kapłani nie mogą ustać. Rytuał zostaje przerwany. W tym największym hałasie radości i wdzięczności – dzieje się coś, co wywraca spokój i  pewność ludzi do góry nogami.

Zanim wejdziemy w ten biblijny obłok, zejdźmy na chwilę na ziemię. Porozmawiajmy o wdzięczności, której jest pełno w Biblii (również w naszym czytanym fragmencie). Wdzięczność kojarzy nam się ze słowem „dziękuję”. Jest to jedno z najpopularniejszych słów. Być może każdy z nas wypowiedział je już dziś rano.

Czy to nie jest najbardziej zużyte słowo w naszym języku? Używamy go odruchowo. Przy kasie w Biedronce, gdy ktoś nam poda długopis, gdy ktoś nas pochwali. „Dziękuję” stało się społecznym automatem, formą etykiety, którą stosujemy niezależnie od tego, co czujemy. I tu pojawia się pytanie: skoro to słowo stało się tak „tanie”, to jak my mamy dziękować Bogu? Czy nasze modlitwy nie przypominają czasem tego automatu? Czy mówienie Bogu „dziękuję” to jeszcze szczera radość, czy już tylko religijna poprawność?

Prawdziwa wdzięczność to coś innego niż kultura osobista. Niekiedy czujemy głęboką potrzebę, by podziękować, gdy ktoś zrobi dla nas coś wielkiego. Innym razem odczuwamy głęboką potrzebę przyjmowania podziękowań, gdy ofiarowaliśmy coś z siebie, w dużej lub małej mierze. Kiedy nie okazano nam wdzięczności, odczuwamy pustkę, którą słowa lub akty wdzięczności powinny wypełnić. Równie często czujemy się nieswojo, gdy otrzymujemy przesadne podziękowania. Trudno jest przyjąć podziękowania bez pewnego oporu. „Nie ma za co” wyraża dosłownie odmowę przyjęcia podziękowań.

Dlaczego tak reagujemy? Bo wdzięczność nas zbliża i odsłania. Kiedy dziękujemy komuś z głębi serca, przyznajemy przed nim: „Potrzebowałem Cię. Sam nie dałbym rady”. To jest akt pokory. Prawdziwa wdzięczność to ryzyko bliskości – otwarcie się na drugiego. I to właśnie przyznanie, że nie jesteśmy samowystarczalni, jest punktem wyjścia do zrozumienia dlaczego Biblia mówi tyle o wdzięczności.

Spójrzmy prawdzie w oczy: my nic na ten świat nie przynieśliśmy i nic z niego nie zabierzemy. Człowiek zostaje wrzucony w życie nagi i nagi zostaje z niego zabrany. Wszystko, co mamy – absolutnie wszystko – zostało nam dane.

Nasze życie? Nie my o nim zdecydowaliśmy. Nasze możliwości? Nie my je stworzyliśmy. To, że urodziliśmy się tutaj, a nie w strefie wojny w Palestynie czy na Ukrainie – To nie nasza zasługa. Nawet nasz kolejny oddech należy do nas tylko tak długo, jak chce tego niezgłębiona wola Boża. Każdy nasz wdech to prezent, którego nie musieliśmy otrzymać. I właśnie tutaj rodzi się biblijna wdzięczność. Nie z grzeczności, ale ze szczerego olśnienia: „Ja nic nie posiadam na własność. Wszystko zostało mi dane”.

Składanie ofiar w Świątyni (o którym czytamy w Biblii) było niczym innym, jak zwrotem tego daru, po to by uznać swoją zależność od Stwórcy. Jest to symboliczne uznanie, że zostaliśmy stworzeni przez Bożą moc, w porównaniu z którą jesteśmy nieskończenie mali.

Wdzięczności często towarzyszy śpiewaniem pieśni. Dziś jest niedziela Cantate. „Śpiewajcie Panu pieśń nową”. Dziś Kościół przypomina, że muzyka ma moc, której same słowa nie posiadają. Muzyka omija nasz intelekt i uderza prosto w serce. Przełamuje nasz opór i lęk przed bliskością. Ona otwiera rzeczywistość, która na co dzień jest przed nami zamknięta. Muzyka jednoczy. Przestajemy być zbiorem jednostek, a stajemy się wspólnotą. „Ten, kto śpiewa, dwa razy się modli” – pisał jeden z Ojców Kościoła. Dlaczego? Bo w śpiewie angażujemy całe ciało, cały oddech, całą emocję. Wdzięczność przestaje być teorią.

Obok wdzięczności i pieśni jest miejsce na radość. Radość, do której wzywa nas Biblia, nie jest po prostu chwilą przyjemności. Prawdziwa radość jest rzadka i cenna. I nie mówię tu o pozornej radości czy przyjemności, ale głębokiej wewnętrznej radości. Jest to radość, którą tracimy, gdy skupiamy się tylko na korzyściach, które z niej płyną.

Radość z naszej pracy zostaje zaprzepaszczona, gdy wykonujemy ją nie ze względu na to, co robimy, ale ze względu na korzyści, jakie nam daje. Radość z przyjaźni zostaje zaprzepaszczona, gdy jesteśmy blisko przyjaciela nie ze względu na niego, ale ze względu na zysk i przysługi, które nam zapewnia. Relacja miłosna pozostaje bez radości, jeśli używamy drugiej osoby jak rzeczy, jako środek dla przyjemności albo ucieczki od bólu.

Radość to nic innego jak świadomość bycia spełnionym. To spełnienie jest możliwe tylko, gdy jednoczymy się tym, kim naprawdę jest drugi człowiek. Jesteśmy spełnieni w pracy, gdy odkrywamy w niej nasze prawdziwe powołanie – to, do czego zostaliśmy stworzeni. Jesteśmy spełnieni w przyjaźni, gdy odkrywamy w naszym przyjacielu to, kim naprawdę jest i to kim razem jesteśmy. Jesteśmy spełnieni w miłości, gdy jednoczymy się z drugą osobą taką jaką naprawdę jest, a nie taką jaka nam się wydaje. Prawdziwa radość jesteś wtedy gdy przenikamy do tego, co naprawdę prawdziwe. Do tego, jakim stworzył nas Bóg i do czego nas przeznaczył.

Jest to radość, którą doświadczyli uczniowie Jezusa. To właśnie w nim dostrzegli prawdziwego człowieka i prawdziwego Boga. Radość pochodzi z głębi. I z niej pochodzi prawdziwa wdzięczność.

Wróćmy do Świątyni. Muzyka gra, wszędzie radość i wdzięczność, chór śpiewa o wiecznej łasce Pana. I nagle pojawia się tajemniczy obłok. Obłok ma to do siebie, że jest niespodziewany. Sprawia, że tracimy horyzont. I co robią kapłani? Przerywają nabożeństwo i składanie ofiar. Nie mogą ustać. Bóg wszedł tak mocno, że ludzie musieli przestać „robić swoje”. Liturgia została przerwana przez Obecność.

Prawdziwa wdzięczność to nie jest gadulstwo. To nie jest zasypywanie Boga słowami „dziękuję, dziękuję, dziękuję”. Paweł pisze: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie, za wszystko dziękujcie”. To nie znaczy, że mamy 24 godziny na dobę klęczeć i ruszać wargami. To znaczy: żyj w stanie wdzięczności (głośnej albo cichej). Bądź świadomy, że jesteś powołany do istnienia i ukształtowany przez tę samą moc, która unosi wszechświat i ziemię oraz wszystko na niej. Że Bóg unosi Twoje życie nawet wtedy, gdy o tym nie myślisz.

To momenty w naszym życiu, które wyrywają nas z biegu codzienności. To chwila zachwytu nad narodzinami dziecka. To moment ciszy, gdy ktoś kogo kochaliśmy i skrzywdziliśmy, naprawdę nam przebaczył. To poczucie, że jesteśmy kochani takimi jakimi jesteśmy naprawdę – i nie musimy już udawać. W takich chwilach nasze „procedury” i liturgie zawodzą. Nie wiemy, co powiedzieć, nie wiemy, jak się zachować. I to jest właśnie moment największej wdzięczności. To jest chwała Boża, o której czytamy, i która przychodzi pod postacią obłoku.

Gdy kapłani nie mogli ustać, by pełnić służbę, nabożeństwo nie skończyło się klęską. Ono osiągnęło swój cel. Bo celem nie jest „odprawienie nabożeństwa”, ale spotkanie z Bogiem. Celem naszego życia nie jest „odfajkowanie” kolejnych lat, ale doświadczenie chwały, która sprawia, że zapominamy o sobie.

Drodzy Bracia i Siostry, życzę Wam i sobie, abyśmy mieli odwagę „przestać (jak nasi kapłani)”. Żeby w naszej codziennej bieganinie, w naszym budowaniu własnych świątyń sukcesu i bezpieczeństwa, pojawił się ten Boży obłok (zwany chwałą Bożą). Nie bójmy się momentów, w których brakuje słów, a rytuał dnia codziennego zostaje przerwany. To właśnie tam, gdzie kończą się nasze procedury i przyzwyczajenia, zaczyna się żywy Bóg. Niech nasza wdzięczność nie będzie tylko słowem czy rytuną, ale stanem serca, które wie, że jest kochane i prowadzone. Nawet przez ciemność, przez mgłę, przez obłok.

Może dziś nie chodzi o to, byśmy wyszli stąd z gotowymi sposobami dziękowania i wielbienia Boga. Może chodzi o to, byśmy pamiętali o tej bezradnej wdzięczności. Abyśmy byli jak kapłani, którzy musieli przerwać pracę, gdy chwała była zbyt wielka. Być może to właśnie w tej bezradności człowieka, w tym obłoku, Bóg jest najbliżej. Amen!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *