Tajemnica Boża w grzechu

Rz 11, 25-32.

Pycha Kościoła

Apostoł Paweł pisze swój List do Rzymian do wspólnoty targanej konfliktami i rozłamami.

Początkowo kościół w Rzymie tworzyli głównie Żydzi. Sytuacja zmieniła się drastycznie, gdy cesarz nakazał wydalić ich wszystkich z miasta – w tym również chrześcijan pochodzenia żydowskiego. Przez kolejne lata wspólnota funkcjonowała więc dzięki liderom wywodzącym się z pogaństwa. To oni podtrzymywali kościół i zyskali przewagę liczebną.

Kiedy po śmierci cesarza judeochrześcijanie wrócili z wygnania, doszło do mocnego sporu. Powracający nie byli już mile widziani w roli liderów. Wspólnota podzieliła się na dwie grupy: „silnych” (będących w większości poganochrześcijan) oraz „słabych” (stanowiących mniejszość judeochrześcijan).

Większość zaczęła dyskryminować mniejszość. Silni, nastawieni liberalnie, krzyczeli o swojej wolności w Chrystusie. Słabi, bardziej konserwatywni, próbowali wiernie trzymać się tradycji ojców: szabatu, świąt żydowskich i koszerności. Poganie zarzucali Żydom zbyt słabą wiarę.

Ale było jeszcze gorzej. Chrześcijanie pochodzenia pogańskiego zaczęli patrzeć na swoich braci z Żydów z poczuciem wyższości i pogardy. Twierdzili: „Skoro odrzuciliście Ewangelię i ukrzyżowaliście Jezusa, Bóg odrzucił was na zawsze! Teraz TO MY jesteśmy nowym, jedynym narodem wybranym!”.

Przesłoniło im to drugiego człowieka. Zamiast braci i sióstr zaczęli widzieć w nich obcą grupę, odpowiedzialną zbiorowo za śmierć Chrystusa.

W samym sercu Kościoła pojawił się antyjudaizm, który wieki później stał się pożywką dla okrutnego antysemityzmu.

I właśnie w ten kontekst Apostoł Paweł wkracza ze swoimi słowami. Walczy z pychą chrześcijan. Zdradza im tajemnicę, której wielu nie rozumie. Była to tajemnica zatwardziałości Izraela. Paweł tłumaczy, że zatwardziałość jest częścią ukrytego planu Bożego, przez który Bóg przynosi zbawienie i uzdrowienie dla ludzi. Izraelici stali się nieprzyjaciółmi Ewangelii po to, aby mogła ona dotrzeć do wszystkich narodów. Paradoksalnie odrzucanie Ewangelii pozwoliło jej zatriumfować wśród innych narodów.

To nie oznacza jednak, że Bóg odrzucił swój lud na zawsze. Paweł mocno przypomina: „Bo nieodwołalne są dary i powołanie Boże”. Odrzucenie jest częścią powołania, jest tylko tymczasowe i ma posłużyć okazaniu miłosierdzia poganom.

Pycha poganochrześcijan jest więc całkowicie bezpodstawna. Oni sami przecież jeszcze niedawno byli odrzuceni i nieposłuszni. Bóg to odwrócił. I w każdej chwili może zrobić to znowu. Wszystko jest częścią Jego tajemniczego planu. Paweł pisze: „Bóg bowiem wszystkim nałożył więzy nieposłuszeństwa, aby wszystkim okazać miłosierdzie”.

Skandaliczna pedagogika Boga

Grzech staje się narzędziem w rękach Boga.

Dla pobożnego ucha to zdanie brzmi jak głęboki skandal. Gdybyśmy to my rządzili światem, chwycilibyśmy za miecz. Za pomocą siły i przymusu zwalczalibyśmy wszelkie zło, grzech i nieposłuszeństwo. Zrobilibyśmy to prosto i bezpośrednio. A to, co uważamy za dobre i słuszne natychmiast wznieślibyśmy na tron.

Bóg jednak według Apostoła Pawła postępuje zupełnie inaczej. On nie hamuje grzechu w sposób spektakularny, lecz pozwala mu biec swoim nierzadko przerażającym torem. Pozwala ludzkiemu nieposłuszeństwu urosnąć i w pełni się rozwinąć. Jedni nazywają to karą Bożą, inni po prostu konsekwencjami. Bóg pozwala aby człowiek uwięził się w swoim kłamstwie i podłości. Bóg karze jeden grzech drugim grzechem. Dlaczego Bóg, a więc miłość, to czyni? Ponieważ w swoim niepojętym planie Bóg posługuje się ludzkim nieposłuszeństwem, by dokonać ostatecznego zbawienia i uzdrowienia.

Najwyraźniej i najstraszniej widać to w historii Męki Pańskiej. Jezus zostaje pojmany, skazany na śmierć i milczy. Milczy ponieważ wie, że żadna ziemska potęga nie miałaby nad Nim najmniejszej władzy, gdyby nie została ona dana z góry. Bóg używa tutaj słabości rzymskiego władcy oraz złości i zatwardziałości duchowych przywódców Izraela. Pozwala, aby ludzki grzech osiągnął swój absolutny szczyt. Ma miejsce uduszenie i zamordowanie Boga na krzyżu.

To właśnie tam, na krzyżu, wola grzechu objawiła się w pełni jako próba ostatecznego zatriumfowania nad Stwórcą. A jednak ten największy grzech w historii stał się narzędziem Bożego planu uzdrowienia człowieka! Bóg w Jezusie spotyka się z naszą nienawiścią, odrzuceniem i szyderstwem. Bierze to wszystko na siebie. Pozwala nam się zabić. Akceptuje nasze ukrzyżowanie i naszą odmowę… i właśnie w ten sposób otwiera przed nami swoje serce. Jest to tajemnica Krzyża.

Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my dzisiaj? Jak brzmi Słowo Boże dla nas?

Upadek leczy z pychy

Łatwo jest nam patrzeć na pychę i grzech innych z bezpiecznego dystansu. Jednak Apostoł Paweł natychmiast burzy naszą faryzejską pewność siebie. Nikt z nas nie stoi ponad grzeszną, zagubioną ludzkością. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy jej częścią, uwikłani w tę samą winę. Wszystkie nasze kłamstwa i podłości zatruwają nasze rodziny i środowiska. A te środowiska z kolei od dziecka zatruwają nas.

Kiedy spotykamy zło w społeczeństwie czy w Kościele, często się oburzamy, hałasujemy i tworzymy wielkie plany naprawy świata. Ale kiedy stajemy się odrobinę mniej faryzeuszami i zaczynamy dostrzegać ten sam grzech we własnym sercu – zaczynamy uginać się pod ciężarem jego kajdan i wpadać w rozpacz.

Dlaczego Bóg pozwala, aby nasz własny grzech – codziennie zwalczany i codziennie odradzający się na nowo – nadal miał nad nami tak wielką władzę?

Bóg czyni to, ponieważ widzi naszą ukrytą pychę. A żadne stworzenie nie może się przed Nim chełpić! Pozwala na nasze kolejne upadki i porażki. Po to, abyśmy zostali całkowicie obdarci z iluzji własnej sprawiedliwości. Codziennie musi w nas umierać ten wewnętrzny faryzeusz, który sądzi, że ma jakiekolwiek prawo pychy przed Bogiem z racji swojej pobożności, nawrócenia czy dobrych uczynków.

Dopiero na dnie całkowitego duchowego bankructwa zaczynamy naprawdę dostrzegać łaskę i Boże powołanie. Niekiedy myślimy, że aby Bóg nas zaakceptował, musimy być wystarczająco mądrzy, dobrzy i pobożni. Ewangelia mówi coś zupełnie innego: Bóg akceptuje nas nie dlatego, że jesteśmy silni, piękni i sprawiedliwi, ale właśnie dlatego, że tak bardzo nam tego wszystkiego brakuje! Wtedy właśnie przychodzi do nas Bóg.

Początkiem grzechu jest pycha. Pycha kroczy przed upadkiem… ale to dopiero upadek leczy nas z pychy.

Wyobraźmy sobie kobietę. Całe życie była wzorem zasad. Zawsze wiedziała, jakie decyzje powinna podjąć, jakie decyzje powinni podjąć inni. Wiedziała, jak prowadzić dom i jak inni powinno prowadzić swój dom. Surowo oceniała błędy innych. Czując moralną wyższość, powtarzała: „Ja bym nigdy tak nie postąpiła!” Aż przyszedł dzień, kiedy sama popełniła ciężki błąd. W trudnym momencie zdradziła zaufanie jedynej bliskiej przyjaciółki i została sama. Ten błąd zniszczył jej fałszywy obraz samej siebie. Doświadczenie własnej słabości sprawiło, że po raz pierwszy w życiu przestała patrzeć na ludzi z góry. Przebaczenie przestało być dla niej miłą teorią z niedzielnego nabożeństwa. Stało się jedynym tlenem, jakim mogła oddychać. Jej własna słabość nauczyła ją inaczej patrzeć na siebie i innych. Dojrzała do miłości.

A teraz pomyślmy o mężczyźnie. Gorliwy członek kościoła. Zaangażowany, dojrzały, cytujący Biblię z pamięci. Sam tego nie zauważył, ale zaczął dzielić ludzi wokół siebie na wierzących, niewierzących, silnych i słabych w wierze. Zbudował całą swoją wartość na tym, że jest po tej właściwej stronie. I nagle przychodzi życiowa tragedia. Rozpad relacji, wstydliwy upadek, uzależnienie. Nagle okazuje się, że wszystkie jego mądre rady i wiedza o Bogu nie działają. Dopiero gdy stoi na gruzach swojej perfekcji i poczucia wyższości, zaczyna rozumieć, o czym mówi Apostoł Paweł. Nie ma już w nim chęci osądzania innych. Jest tylko ciche, płynące z samego dna serca: Boże bądź miłościw mnie grzesznemu.

Co więcej – Bóg używa również grzechu innych ludzi jako narzędzia naszej wewnętrznej przemiany. Być może w naszym życiu obecny jest ktoś, kto rani nas swoją niesprawiedliwością. Jego grzech stał się siłą zamieniającą naszą codzienność w trud i cierpienie. Dlaczego Bóg na to pozwala?

Nie znamy wszystkich dróg Bożej opatrzności. Ale dzisiejszy tekst uczy nas, że nawet najtrudniejsza relacja może stać się ukrytym narzędziem łaski. To nie jest nakaz biernego znoszenia przemocy. Mamy prawo stawiać granice. Ale oznacza to, że Bóg wyciąga dobro nawet z tego, co nas niszczy.

Czy potrafimy, tak jak Paweł, dostrzec w tym Bożą tajemnicę dla nas? Nie dla innych, ale dla siebie samego.

Triumf

Ostatecznie przesłanie z Listu do Rzymian i tajemnica Krzyża zbiegają się w jednym, uwalniającym punkcie: Bóg zamknął wszystkich w więzach nieposłuszeństwa nie po to, by nas potępić, ale po to, by wszystkim okazać miłosierdzie i aby nas uzdrowić.

Przez cierpienie, słabość i niepojęte drogi Opatrzności, grzech traci swoją ostateczną siłę. Zostaje wykorzystany jako narzędzie dla naszego uzdrowienia. Nasz osobisty ból, trudne relacje i nasze upadki nie idą na marne.

Bo na samym końcu tej ciemnej ludzkiej drogi nie triumfuje zło ani nasza wina. Nie ma tam podziału na pogan i żydów, „silnych” i „słabych”. Nie triumfuje nawet nasza pewność siebie i wielka wiara. Na samym końcu triumfuje wyłącznie miłość Boga. Tego, który będzie wszystkim we wszystkim. Amen

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *