Starość, która musi umrzeć

2 Kor 5, 16-20

Czytamy dziś fragment korespondencji Apostoła Pawła w chrześcijanami w Koryncie. Relacja Pawła z Koryntianami to jeden z najtrudniejszych rozdziałów w historii wczesnego Kościoła. To nie była sielanka. To była walka o autorytet, pełna plotek, oskarżeń i bolesnych rozczarowań.

Choć to Paweł założył tę wspólnotę, nagle pojawili się inni misjonarze. Ludzie z pięknymi listami polecającymi z Jerozolimy, których on nie miał. Zaczęli podkopywać jego imię. Mówili, że jest słaby. Że brakuje mu pobożności. Że jest nieuczciwy. Że to samozwaniec, a nie apostoł.

I wspólnota w to uwierzyła. Doszło do „wizyty bolesnej” – ktoś publicznie znieważył Pawła, a jego Kościół… milczał. Nikt nie stanął w jego obronie. Paweł wyjechał stamtąd zdruzgotany. W rozpaczy napisał „list we łzach”, domagając się sprawiedliwości. To był moment rozłamu. Moment, w którym wszystko, co stare i ludzkie – pycha, zawiść, walka o wpływy – niemal zniszczyło tę wspólnotę.

Tekst, który dziś słyszymy, rodzi się w momencie przełomu. Do Pawła docierają wieści: Koryntianie zrozumieli błąd. Pojawił się żal, nastąpiło opamiętanie.

Paweł nie triumfuje jednak jako zwycięzca w sporze. On pisze list pojednawczy. Chcę przebaczenia. Ale jednocześnie rzuca wyzwanie wszystkiemu, co świat uważa za autorytet.

Bo kim jest prawdziwy apostoł? Czy kimś, kto ma wpływowych znajomych w Jerozolimie? Czy kimś, kto legitymuje się eleganckim listem polecającym czy dyplomem teologicznym? Paweł mówi do Koryntian: Nie. Moim listem polecającym jesteście wy – wasze przemienione życie.

Jego rywale chlubią się sukcesami, retoryką, błyskotliwością. Paweł robi coś szalonego: on chlubi się swoimi słabościami. Chlubi się ranami i cierpieniem. Dlaczego? Bo uważa, że to nie w sukcesach, ale właśnie w braku i porażkach naszego życia najpełniej objawia się moc Boga.

Paweł idzie o krok dalej. Mówi nam dziś: problemem nie był tylko spór o listy z Jerozolimy. Problemem jest to, jak patrzymy na siebie nawzajem.

Każdy z nas żyje „według ciała”. Co to oznacza dla Pawła? Co to oznacza? To oznacza patrzeć powierzchownie. Oceniać człowieka po tym, co widać na pierwszy rzut oka. Słuchać plotek, patrzeć na fasady, ufać pozorom. Wygląd? To ciało. Elokwencja? To ciało. Pobożność na pokaz, status społeczny, wpływowi znajomi? To wszystko – mówi Paweł – to tylko ciało. To zewnętrzna skorupa, która nic nie mówi o człowieku.

Ale jest też życie „według Ducha”. Duch to wzrok, który przenika głębiej. Widzi to, co niewidzialne. Widzi ból ukryty pod uśmiechem, lęk za maską pewności siebie i autentyczność, która nie potrzebuje certyfikatów. Tak widzi nas Bóg.

Dopiero to spojrzenie – spojrzenie według Ducha – otwiera drzwi do prawdziwego pojednania. Bo dopóki oceniamy się 'według ciała’, będziemy dla siebie tylko rywalami. Dopiero w Duchu stajemy się braćmi.

Dlatego już odtąd nikogo nie znamy według ciała; a jeśli znaliśmy Chrystusa według ciała, to teraz już nie znamy. Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe.

Wszyscy żyjemy „według ciała”. Wszyscy żyjemy tym, co „stare” Ale dlaczego Paweł tak bardzo upiera się przy tym, co „nowe”? Dlaczego wciąż słyszymy o nowych narodzinach, nowym przymierzu, nowym Jeruzalem? Czym właściwie jest to 'stare stworzenie’ w nas?

Spójrzmy na nasze życie. Każdy z nas dorasta. Każdy pragnie rozwoju. Ale jest w tym procesie pewien tragizm. Żyjemy tylko wtedy, gdy się starzejemy. Każda sekunda, każda decyzja czyni nas bardziej dojrzałymi, ale też bardziej… zamkniętymi.

Kiedy jesteś młody, świat stoi otworem. Możesz być kimkolwiek. Ale potem przychodzą wybory. Każda decyzja zamyka kolejne drzwi. Jeśli mówisz „tak” karierze naukowca, musisz zabić w sobie artystę. Jeśli wybierasz tę konkretną drogę, tysiąc innych przestaje istnieć. Płacisz cenę.

Każde nasze „tak” to tysiące „nie” dla innych możliwości. Robimy to czasem świadomie, częściej nieświadomie.

I tak właśnie stajemy się „starym stworzeniem”. Nie dlatego, że przybywa nam lat. Stajemy się starzy, bo ubywa nam nadziei. Stare stworzenie to człowiek, który nosi w sobie cmentarzysko. Cmentarzysko szans, których nie wykorzystał. Drzwi, których nie otworzył – albo które sam, z lęku lub konieczności, zatrzasnął na zawsze.

Nasze życie nie jest samotną wyspą. To splot decyzji innych ludzi – rodziców, którzy decydowali za nas, przełożonych, polityków, a czasem zupełnie obcych nam osób. Oni otwierali przed nami drzwi, ale o wiele częściej je przed nami zatrzaskiwali. I my to samo robimy innym.

Czy tego chcemy, czy nie – stajemy się „starym stworzeniem”. Te wszystkie odrzucone szanse, te wykluczone możliwości… one nie znikają. One w nas zostają. Są jak cień, który nas goni. Czekają w ukryciu, stłumione i niebezpieczne, gotowe wybuchnąć jako żal, gniew albo destrukcyjna choroba.

To jest tragedia starego stworzenia: brak pojednania.

Zaczynamy nienawidzić życia, w które zostaliśmy wrzuceni. Czujemy winę za wybory, których dokonaliśmy, i wściekłość na los, na który nie mamy wpływu. I ta wrogość do siebie rozlewa się na innych. Zaczynamy widzieć wrogów w tych, których kochamy. Czujemy się odrzuceni, więc sami odrzucamy. Budujemy mury.

To, co w nas stare, nie chce przeminąć. Ono sieje spustoszenie. To jest świat, w którym żyjemy. Świat lęku i wrogości. To był świat św. Pawła. Ale właśnie w to pęknięte, stare życie Paweł uderza nowiną o narodzinach nowego.

Jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem

Nie ma nic bardziej zaskakującego niż narodziny tego „nowego” w nas samych. Nie da się tego zaplanować. Nie da się obserwować tego rozwoju. Nie możemy wywołać go siłą naszej woli czy naszych emocji. Wręcz przeciwnie jeśli sami spróbujemy wymusić przyjście nowego, powstrzymujemy jego nadejście. Nowa stworzenie rodzi się w nas, właśnie wtedy, gdy najmniej w nie wierzymy. Nie przychodzi, gdy mówimy sobie ciągle: „Wiem skąd nadejdzie nowość i pełnia mojego życia”.

Nowe stworzenie nie przychodzi wtedy, gdy mówimy: „Wiem, co robić. Na pewno odżyję, gdy zmienię pracę, gdy skończę szkołę, gdy wreszcie pojadę na wymarzone wakacje”. Nie przyjdzie tylko dlatego, że przeprowadzimy się do innego miasta, zaczniemy częściej bywać w kościele czy wpłacimy datek na fundację. W każdej z tych sytuacji może przyjść ta nowość, za którą tęsknimy. Ale żadna z tych sytuacji nie zagwarantuje, że na pewno przyjdzie. To wszystko to najczęściej wciąż „stare”, tylko w nowym opakowaniu.

Nowe nadchodzi dopiero wtedy, gdy stare staje się dla nas nie do zniesienia. Gdy widzimy je jako tragiczne, umierające i pozbawione wyjścia. Paweł nazywa to byciem w Chrystusie. My dziś nazywamy to Krzyżem.

O tym właśnie jest Wielki Piątek. Życie pojawia się tam, gdzie po ludzku nastąpił absolutny koniec. To nowe stworzenie dociera do zakamarków duszy, o których dawno zapomnieliśmy. Otwiera pokłady osobowości, które zamurowaliśmy starymi decyzjami i lękiem. Nagle, w samym środku beznadziei, zauważamy w sobie drogę, której wcześniej nie było! Jak to możliwe? Bo nowe stworzenie pokonuje stare jednym, potężnym narzędziem: przebaczeniem.

Przebaczenie to moment, w którym stare zostaje wrzucone w przeszłość. Nie dlatego, że przestało boleć, ale dlatego, że pojawiło się coś większego. Przebaczenie rozbija winę, zabliźnia rany i uczy nas patrzeć na siebie nawzajem – wreszcie – bez nienawiści.

Chrystus na Krzyżu pozbawił się wszystkiego, co może się zestarzeć. Zrezygnował z pozycji, z ziemskiej wielkości, z ludzkiej mocy. W swojej śmierci zrzucił z siebie wszystkie warstwy 'starego świata’, by ukazać nam jedyną rzecz, która jest wiecznie nowa: Miłość.

Bo tylko to, co potrafi umrzeć z miłości, nigdy się nie zestarzeje.

Miłość jest jedyną mocą nowego stworzenia. Ona nie zna zmęczenia, ona usuwa winę i zdejmuje z nas przekleństwo przeszłości. Działa nawet dzisiaj – w mroku naszej duszy i w mroku naszej historii.

Wielki Piątek to paradoks. To jedyny dzień w roku, kiedy Kościół głosi, że śmierć jest dobrą nowiną. Dlaczego? Bo pod Krzyżem umiera to, co nas niszczyło.

To nie jest dzień na robienie postanowień poprawy. To nie jest czas na kolejną listę zadań i walkę z samym sobą. To dzień, w którym mówimy „Moje stare życie doszło do ściany”. Nowe życie rodzi się tam, gdzie kończą się nasze możliwości. Kościół nam o tym przypomina. Kościół wskazuje na Krzyż.

Czy będziemy gotowi i otwarci, aby pozwolić staremu odejść, by zrobić miejsce na miłość, która jedyna się nie starzeje? Czy dołączymy do Apostoła Pawła i zrozumiemy, że kto pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem? Z tą nadzieją i tęsknotą – że na gruzach naszych możliwości Bóg buduje coś zupełnie nowego – przeżywamy Wielki Piątek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *